Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Leszek Miller dla Trybuny: Bywało lepiej

dodano 2015-05-13 09:14 w kategorii: Kraj

Z przewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Leszkiem Millerem, rozmawia redakcja „Dziennika Trybuna"
 
Dobrze nie jest...
- Owszem, bywało lepiej. Ale jeśli pytacie, kto zdecydował 0 kandydaturze dr. Magdaleny Ogórek, to odpowiadam, że Zarząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Pani Ogórek stawała przed tym gremium dwa razy 1 dwa razy została zaakceptowana. Uważaliśmy, że młoda kobieta, dobrze wykształcona, która przyjechała do Warszawy ze Śląska i własną pracą tu się przebiła, będzie skupiała na sobie sympatię swoich rówieśników, którzy są w podobnej sytuacji, kobiet, a także tradycyjnego elektoratu lewicy. Początkowo się na to zanosiło. Pierwsze sondaże, to 7-8 proc. poparcia. O jej przyjęciu przez SLD świadczy fakt, że zgromadziła pół miliona podpisów - bez pomocy struktur partyjnych byłoby to niemożliwe.
 
No, ale głosów zdobyła o 140 tys. mniej.
- Niestety. To był skutek jej niezrozumiałego dla naszych zwolenników odżegnywania się od związków z nami. Pani Ogórek na każdym kroku podkreślała swoją niezależność, co więcej w sprawach dla lewicy ważnych też dzieliły nas różnice. Jeśli więc nie chciała naszego poparcia, to go ostatecznie nie dostała. Zagłosowało na nią ok. jednej trzeciej naszych zwolenników, czyli ci, którzy zrobili to wyłącznie z lojalności wobec SLD. Skończyło się tak, że pani Ogórek nowych wyborców nie przysporzyła, a starych pogubiła. Na koniec zorientowała się, że dystansowanie się od SLD nie przysparza jej głosów i wyrażała wdzięczność naszym ludziom za pomoc, ale było już za późno.
 
Powiedzmy jednak, że łatwo jej nie było.
- No, nie. Nie można robić kampanii wyborczej z rozmachem, kiedy rozmachnąć nie ma się za co. My mogliśmy zasilić kampanię pani Ogórek jedynie milionem złotych. To dwa „Bronkobusy". To efekt szastania pieniędzmi przez mojego poprzednika, który w swojej kampanii prezydenckiej i następującej zaraz potem kampanii parlamentarnej w roku 2010 utopił cały majątek ze sprzedaży naszej siedziby na ul. Rozbrat. Wtedy jeden mandat uzyskany przez SLD kosztował ok. miliona złotych. Przy znacznie już mniejszych możliwościach w ostatnich wyborach do PE uzyskaliśmy wynik nawet nieco lepszy.
 
Co jeszcze poza pieniędzmi „grało" przeciw pani Ogórek?
- Koncern polityczno-medialny, oczywiście. Gdy tylko pojawiała się na wyborczej scenie spadła na nią wyjątkowo brutalna agresja. Największe dziennikarskie nazwiska brały udział w swoistej medialnej nagonce. Wyciągano dr. Ogórek jakieś patelnie, próbowano dobrać się do dziecka. Co drugie zdanie każdych wiadomości telewizyjnych zawierało jakieś złośliwości pod jej adresem. Zarzuca się jej, że nie chciała spotykać się z mediami, że uciekała przed nimi. To błąd oczywiście - współcześnie polityk nie może unikać mediów, bo nie może bez nich istnieć. Ale w pewnym sensie rozumiem tę jej niechęć. Postawę mediów w trakcie pierwszej tury trafnie ujął profesor Karwat na łamach „Trybuny". Posłużył się przykładem traktowania przez media Pawła Kukiza:
„- Gwóźdź >>programu<< Kukiza, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, to wręcz zaprzeczenie deklarowanego celu, jakim miałoby być przewietrzenie elit i zwiększenie wpływu obywateli, gdyż gwarantują raczej efekt przeciwny: oligarchizację polityki i niewspółmierną kumulację władzy w rękach najsilniejszych, najbogatszych. Co zabawne - podczas niedzielnego wieczoru wyborczego Kukiz narzekał, że był niszczony przez media, podczas gdy to właśnie im zawdzięcza uprzywilejowaną (w porównaniu z innymi nowicjuszami) promocję swojej kampanii.
 
Establishmentowa część mediów pompowała tę przyszłą sensację z rozmysłem, aby Kukiz odebrał głosy lewicy, a zarazem Dudzie. I tak też się stało." Pani Ogórek, brak pieniędzy, media... A sobie nie macie nic do zarzucenia?
- Mamy sporo. Przede wszystkim nielojalność niektórych kolegów i koleżanek. To w sumie kilka osób, ale ponieważ nieustannie goszczą w różnych stacjach „establishmentowej części mediów" - mówiąc językiem prof. Karwata, to efekt jest „napompowany" - to jeszcze raz zapożyczenie z prof. Karata. Nie znam przypadku podobnych zachowań w PO, PiS, czy w PSL. Martwi mnie to, bo lojalność, przyjaźń, to w polityce ciągle rzeczy ważne.
 
Co dalej?
 
- Do pracy. Musimy znaleźć sojuszników, z którymi moglibyśmy zatrzymać triumfalny pochód prawicy. Skupmy się wokół minimum programowego: Nierówność, to niesprawiedliwość; Rynek ma służyć ludziom; Praca jest lepsza od zasiłku; Konstytucja jest przed Ewangelią; Zdrowie nie może być towarem; Kobiety muszą być równe mężczyznom; Edukacja musi być powszechna, segregacja dzieci biednych i bogatych w dostępie do nauki jest niedopuszczalna... Mam nadzieję, że to minimum jest wystarczające, by zakończyć wyniszczające lewicę swary.
 
A co z panem?
- Liderzy odpowiadają za wybory parlamentarne. To oczywiste, tak stało się ostatnio w Wielkiej Brytanii. I u nas też tak będzie. Do tego czasu jednak nikt z zewnątrz nie będzie prowadził w SLD polityki kadrowej. To nie jest i nie będzie praktykowane. Gdyby było, to w PSL lider mógłby nie zmienić się w wyniku decyzji kongresu ludowców, ale zmieniałby się na pewno w rytm wyborów prezydenckich. Dziękujemy za rozmowę.


Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.